Ola Chaberek

Maluję ludzi na wielkoformatowych, przezroczystych poliwęglanowych płytach. Maluję ich umieranie. Jest to śmierć ku światłu, ku wolności- jakby uwalnianie ze starego, “przyciasnego” ja, które nie pozwalało już żyć, oddychać. I pomimo, że jest to uwalniające, często odczuwamy (ja i model) ten proces jako coś bolesnego. Boimy się i płaczemy jakbyśmy coś tracili, jakby coś/ ktoś umierał.

Jak to wygląda

Ludzie namalowani na plexach 2/1.5m w pustej ,przezroczystej przestrzeni, w stanie nieważkości. Żeby osiągnąć ten efekt, modele leżą na ziemi. Maluję ich do góry nogami (sposób pozowania wyszedł w procesie poszukiwań). To powoduje, że moja percepcja postrzegania wystawiona jest na nowy ogląd człowieka. Nic nie jest takie jakie znam, oczy w innym miejscu, nos widziany od dołu, nie odczytuję uczuć, które kryją się za mimiką twarzy. Notuję więc, co widzę, nie “rozumiejąc” tego, nie interpretując, bez nakładki moich skojarzeń.  Ponad to tylko pierwsza warstwa malatury jest widoczna, bo pokazuję obraz z drugiej strony. Powoduje to, że nie mam szansy na korekty- zapisany jest pierwszy stan, pierwszy ślad tej chwili, w której to się wydarza. W ten sposób ograniczam swój udział na poziomie intelektualnym do minimum. Ja tylko notuję to, co w danym momencie dzieje sie w pracowni. Jestem jak transfer. 

A co w takim razie zostaje? Doświadczenie umierania, mojego i osoby która pozuje.

Ludzi, których maluję, wybieram na podstawie jakiegoś wewnętrznego impulsu i najczęściej nie wiem, co się będzie działo. Nie wiem również jak będą pozować. Zaczynam od rysowania, to taki sposób na bliższe poznanie i wtedy powoli objawia się jak ma wyglądać obraz. Ale to dopiero początek. W trakcie wychodzi, co w nas, w modelu i we mnie, jest do uwolnienia. Czasami można to nazwać, czasem jest to tylko wyczuwalne w emocjach, albo w ciele. Myślę, że zapisuję tylko fragment tej ciągłej zmiany, która jest naszym życiem, ale można się wtedy temu przyjrzeć, jakby się to działo w zwolnionym filmie. I to co mnie w tym zadziwia, to ciągłe umieranie i odradzanie się z całym spektrum emocji, które temu towarzyszą. Od strachu po euforię.

Nie raz obserwuję zatrzymanie tego procesu. Jest to mocne zmaganie, bo coś w środku nie chce puścić – ale to też maluję, licząc do ostatniego momentu, że się wydarzy. Że umrze to, co ma umrzeć i na koniec malowania, odwracając przezroczysty poliwęglan i oglądając ją z drugiej strony, zobaczymy ten piękny stan – uwolnienia.

Marzy mi się

wystawić tę pracę jako instalację przestrzenną w parku, pod dużym namiotem cyrkowym. Wejście do namiotu, to 8 metrowy, lustrzany korytarz. Na końcu korytarza jest zastawka, jak na pokazach mody. Widz, przekraczając linię zastawki, uruchamia jeden błysk lampy stroboskopowej, który go oślepia na moment – tak jakby słońce nas oślepiło – najpierw robi się ciemno w oczach i dopiero po chwili rozjaśnia się nam wzrok. 

W środku wiszą tafle przezroczystego poliwęglanu, zawieszone na linkach od góry i od dołu ( około 20 cm nad ziemią), tworząc koło do którego widz wchodzi. Jest on jakby otoczony tłumem lewitujących postaci. Obrazy nie dotykają się bokami, tylko lekko zachodzą na siebie, tworząc dwie lub trzy warstwy. To powoduje, że widz nie ma poczucia, że jest w zamkniętym kole. 

Boczne ściany namiotu są podniesione, przez co widz będzie mógł zobaczyć w dalszym planie, to  skąd przyszedł – park – wąski, panoramiczny pas, w którym widać pnie drzew w perspektywie. Albo jeszcze inaczej – perspektywa drzew będzie kontynuacją, przedłużeniem ludzi na plexach. 

Światło

na górze jarzeniówki, jedna przy drugiej, rozproszone czymś na styl kalki. Do tego lekka mgiełka ( maszyna dymna), po to, żeby stworzyć taki efekt jak nad morzem przy dużym słońcu, kiedy drobinki wody w powietrzu prześwietlone słońcem dają wrażenie, jakby światło się materializowało. Z tyłu, w pewnej odległości za obrazami, ustawione będą reflektory ( widoczne dla widza, co demaskuje kulisy instalacji). Będą one bardzo powoli się rozjaśniały i równie powoli gasły. Zabieg ten, zmienia wygląd postaci na przezroczystej poliwęglanowego powierzchni. Niektóre wyglądają, jakby się starzały, innym zmienia się wyraz twarzy z łagodnej na gniewną, a później znów łagodnieje. Jeszcze inne wyglądają jak prześwietlone promieniami Rentgena. Ale będzie to na tyle powolny proces, że mam wrażenie, że część widzów nie zauważy tego efektu tak wyraźnie jak go opisuję, ale będzie im się wydawało, że postacie jakby się ruszały. 

Na podłodze będzie leżała mata, jak na placach zabaw, lub coś, co spowoduje, że widz inaczej będzie odbierał ” grunt pod nogami”. A raczej, że przez zaskoczenie straci ten grunt spod nóg, chodź na chwilę. Wszystkie te zabiegi mają spowodować u widza stan nieważkości.

FacebookTwitterEmailMessengerLinkedInPrint